Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życzenia Noworoczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życzenia Noworoczne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 stycznia 2019

Minął kolejny rok


Kochani życzę Wam Szczęśliwego Nowego 2019 Roku
 Z marzeniami o które warto zawalczyć,
Z radością którą możecie się podzielić z bliskimi,
Z przyjaciółmi dla których warto po prostu być,
Z nadzieją bez której nie da się żyć
 Obcując z kotem, człowiek ryzykuje jedynie to, że stanie się wewnętrznie bogatszy."
Colette

niedziela, 31 grudnia 2017

Barnaś

Już tylko tydzień dzielił nas od świąt,gdy Barnaś, weteran rozchorował się na dobre.
Nigdy nie był okazem zdrowia,odkąd do nas przyszedł miał problemy z żołądkiem,
które były leczone  lepiej lub gorzej w zależności od pomysłu weta.
Apetyt  Barnasiowi dopisuje ,a mimo tego kot chudnie,widać że z każdym dniem jest słabszy.
Udało nam się ustalić mniej więcej wiek Barnasia,ma ok 14 lat.
Jak na kota to całkiem okazały wiek ,z tego co czytam na różnych forach
i co mówią lekarze ,to również wiek w którym pojawiają się różne choroby.
Jak to przed świętami bywa,zawsze coś się przywlecze,no i się przywlekło.
Wstępnie po zrobieniu badań kompleksowych wychodzi na to,
że badania z krwi są w normie,więc padło podejrzenie   IBD,
czyli nieswoiste zapalenie jelit.
Szansa na wyleczenie ?raczej  nie ma dobrych wieści.
Wszystko okaże się na usg,zaraz po świętach.
Jesteśmy już po usg,diagnoza?
Nic konkretnego,wyszło że ma przewlekłe zapalenie jelit,nieznacznie powiększona trzustka,wszystko w normie,więc padło na początek IBD
Czeka nas zmiana karmy na specjalistyczną na żołądek i jelita,przy okazji Barnaś zostanie odrobaczony,a wraz z nim pozostała wesoła gromadka😊
Podawane kroplówki nic nie wnoszą,kot nadal chudnie,jakby go coś zjadało od środka.
                          ********************************
Historia Barnasia
Jest wieczór ,M pojechał załatwić sprawę,do samochodu podchodzi kot,
 który głośno komunikuje się z nim.
Ponieważ  w tym czasie było z nami  w porywach 9 kotów w tym 7 dochodzących ,tzw.wolnobytujących,
M wiedział, że jeszcze jeden to dodatkowe obciążenie.

Zamknął okno,bo kotek właśnie szykował się do skoku przez okno, do środka pojazdu.
Zaczął przyglądać się jego zachowaniu, a kot patrzył głęboko w oczy,
miałkolił i nie chciał odejść.
Dopiero kiedy M powiedział, że  nie może go zabrać,ten biedak zwiesił głowę i odszedł nieśpiesznie.
M wrócił do domu i  opowiedział mi o tym biedaku .
Jak to się mówi miękkie serce twarda du... powiedziałam M,żeby go przywiózł do nas.
Na drugi dzień M pojechał w to samo miejsce i co widzi:
Kotek idzie ze zwieszoną głową, już nawet nie spojrzał w kierunku M.
Wyszedł z auta i nałożył jedzenie  do miseczki, kot nawet nie ruszył.
Co wtedy robi M,mówi do kota
-hej jak chcesz to pakuj się i jedziemy do domu.
możecie wierzyć ,lub nie Barnaś ,wtedy jeszcze kot bez imienia,
odwraca się niepewnie i jak tylko M otworzył drzwi kot znalazł się na przednim siedzeniu,mruknął,
zwinął się w kłębek i kazał się zawieźć do domu.
Skrajna nieodpowiedzialność,jak tak można,bez kontenera???:D
Gdy podjechali pod dom ,otworzył drzwi,kot wyskoczył obiegł teren,
zaznaczył i wszedł bez niczego do nieznanego mu domu.
Najpierw trafił do osobnego pokoju ,no bo wet musi go zobaczyć.
Siedział smutny,z tym swoim wzrokiem "zbitego psa",co złego to nie ja,
więc M poszedł na żywioł i wypuścił go do naszych koteczków .
To nie był dobry pomysł.
Okazało się,  że Barnaś zaczął wymiotować po zjedzeniu karmy,więc czym prędzej pojechaliśmy do weta.
Tam pani dr,stwierdziła kocią grypę,powiedziała że to bezzębny staruszek,że ma kłopoty z żołądkiem,że pewnie został przez kogoś wyrzucony,zrobiliśmy badania -wszystko w normie ,jak teraz,dała leki  i wróciliśmy do domu.

Kontakt z naszymi zwierzakami wystarczył,by wszystkie złapały tą kocią grypę,może tylko lżej ją przechodziły.Po konsultacji z wetem,wszystkie dostały lekarstwo i choroba  minęła.
Barnaś nigdy nie był okazałym kotem,wysoki i chudy ,ale nie przeraźliwie,nawet czasami wołałam na niego przecinek...
 Takie były pierwsze chwile w nowym domu kota,który dostał na imię Barnaś.
Na początku nie tolerował młodych ludzi,jak widział dla siebie zagrożenie to lał wszystkich
łapą z wyciągniętymi pazurami.
Pewne zdarzenie sprawiło, że dał człowiekowi drugą szansę,
ale o tym opowiem Wam innym razem.

A teraz życzę Wam

Niech się spełnią świąteczne życzenia: te łatwe i trudne do spełnienia. 
Niech się spełnią te duże i te małe, te mówione głośno lub wcale. 
Niech się spełnią wszystkie one krok po kroku, tego życzę Wam  w Nowym Roku.












czwartek, 7 stycznia 2016

W Nowym Roku Witam Was



Witam pięknie  w Nowym 2016 Roku.
Troszeczkę mnie tu nie było i oczywiście nie jestem w stanie obiecać, że będę się pojawiała systematycznie.
Oczywiście jestem obecna w blogowym świecie,ale najczęściej na moim drugim blogu TU
Dzisiaj opowiem Wam pewne zdarzenie z minionego roku...
Jest piękny upalny dzień,moje koty polegują gdzie tylko mogą i nie mogą,ale taka to już kocia natura:)
Czesiulka również kręci się tam, gdzie najchłodniej,wieczór może nie daje ukojenia,bo nadal jest duszno,ale kociaste ożywają troszeczkę.Kręcą się w tą i z powrotem bo wszystko otwarte jest na maksymalną szerokość.
Zawsze kiedy idę na zasłużony odpoczynek sprawdzam stan moich zwierzaków.
Maniusia w nocy lubi buszować po podwórku,och to jest dopiero kocia marzycielka,znosi do domu wszystko co znajdzie,ostatnio zanim nastały mrozy przyniosła dżdżownicę ,zostawiła na podłodze i poszła szukać kolejnej zdobyczy :)
Czesia przemknęła mi pod nogami więc w końcu udałam się na zasłużony odpoczynek.
Kiedy ja śpię inni moi domownicy niekoniecznie i tym sposobem Czesia swoim cieniutkim piszczącym głosikiem wyprosiła wyjście .
Kiedy rano wstałam wszystkie zwierzaki były w domu oprócz Czesi.
Zaczęło się poszukiwanie,ale z marnym skutkiem,w okolicy jej nie było...
Zaglądałam do naszych schronisk,czy może ktoś ją przywiózł,chociaż znając Czesiulę i jej strachliwość to raczej marne szanse.
Przychodziły mi do głowy najczarniejsze scenariusze,którymi zarażałam całą moją familię.
W 4 noc po zniknięciu mojej kotki,obudziłam się w nocy słysząc jej popiskiwanie,mój mąż twierdził że mam omamy słuchowe,ale ja i tak wyszłam sprawdzić na zewnątrz.
Omiotłam wszystkie zakamarki latarką,powłączałam światła na podwórku i ...NIC,cholercia chyba jednak mam omamy słuchowe.Gdy zamierzałam wejść do domu pogasiłam światła i ostatni raz zawołałam Czesiulę... i wtedy usłyszałam cichutkie popiskiwanie,wydobywające się jakby z wysokości.
Zaczęłam świecić na rosnącą za płotem,u sąsiadów wielką choinkę i bingo,mignęły mi w świetle latarki charakterystyczne odblaski odbijające się od kocich oczu.
Nie mam pojęcia jak tam weszła,bo nasze posesje są dobrze oddzielone od siebie,ale dla kota wiem że nie ma rzeczy nie do pokonania jeśli tylko chce.Wiedziałam, że pewnie została zagnana na drzewo przez psy moich sąsiadów,to pewne i przy jej strachliwości nie było szans na jej zejście z drzewa z własnych chęci.







Zanim nastał dzień moje pozostałe koty,a w szczególności rodzeństwo Czesi i jej wujcio szykowały akcję ratunkową.Nawet nie wyobrażałam sobie, że mogą z taką desperacją próbować dotrzeć do kotki.Kapsel różnymi sposobami chciał wspiąć na płot,ale że jest metalowy to nie bardzo miał jak.
Jednak Bąbelek znalazł sposób by przybliżyć się troszeczkę do naszej zguby,wdrapał się po samochodzie ,potem skoczył na daszek i wskoczył na płot przy choince,gdyby gałęzie choiny sięgały bliżej płotu to pewnie by wskoczył.Nie powiem że nie próbował,w ostatniej chwili złapałam go bo pewnie by wylądował na posesji sąsiadów,a tam psy myśliwskie tylko czekały na okazję...

Poszliśmy do sąsiadów,by mieli świadomość że nasze kocie jest na ich choince  nie było rady trzeba było zadzwonić po straż miejską.

9.00-Pani która odebrała moje zgłoszenia kazała czekać jak będą wolni to przyjadą....
10:00............................................
11:00.....................................
Cholera ile można czekać tam moja kocina ledwo pewnie żywa,pewnie odwodniona  i strasznie wystraszona siedzi na najwyższej gałęzi.
Znowu dzwonię żeby przyśpieszyć interwencję...
W odpowiedzi słyszę proszę czekać,postanowiłam więcej się dowiedzieć o planowanej akcji i z przerażeniem stwierdzam, że może dnia nie starczy na ściągnięcie mojego kota z drzewa.
Dowodzenia przejął mój mąż,pani podała nam numer do współpracującego z nimi alpinisty,
wszystko po to by maksymalnie skrócić czas oczekiwania na pomoc .
Jeśli myślicie że akcja nastąpiła zaraz to jesteście w błędzie.
Najszybciej przybył do nas alpinista,był skłonny nam pomóc,ale okazało się że mimo zapewnień sąsiadki, że ktoś będzie w domu w ciągu dnia,nikogo nie było-godzina 15:00
Około godziny 16  pojawił się patrol straży miejskiej i nic nie mogliśmy dalej zrobić bo z naszej posesji nie było dostępu do drzewa,sąsiedzi nie otwierali,mimo że firanki się ruszały,mimo że strażnicy dzwonili  do drzwi nikt nie otwierał.
Dopiero około 17 przyjechała kolejna właścicielka posesji i wtedy mogła zacząć się cała akcja.
Psy pozamykane,alpinista wdrapuje się na drzewo,my stoimy pod drzewem z kocem,kontener w pogotowiu  i gdy już człowiek gór dotarł na szczyt do koty mojej ,ta zeskoczyła na naszą stronę ...
słychać było tylko stłumiony łoskot.
Pan alpinista  poinformował nas że skoczyła na daszek,stamtąd na samochód,siłą rozpędu wgniotła blachę i ślad po niej zaginął.

Akcja ratunkowa zakończona,a ja nadal nie mam mojego kota...
Najczarniejsze obrazy znowu pojawiły mi się przed oczami,kot po takich traumatycznych przejściach,wpół dziki,skończy pewnie gdzieś pod kołami samochodu,albo w wyniku obrażeń wewnętrznych  dokona żywota gdzieś w samotności.
Do akcji poszukiwawczej chciała włączyć się moja znajoma z przyjacielem,  kiedy  dogrywaliśmy szczegóły poszukiwania wiedziona jakimś instynktem spojrzałam znowu pod samochód i ....eureka Czesia bidulka siedziała pod nim,umorusana jak nieboskie stworzenie,ale sprawiała wrażenie że nic jej nie dolega.
Powoli weszła do domu,dopadła miski z wodą,potem z jedzeniem i poszła spać..
Oczywiście lekarz weterynarii obejrzał podróżniczkę ,stwierdził że nawet nie jest odwodniona,wystraszona,brudna,ale na szczęście bez uszkodzeń wewnętrznych,ucierpiał tylko samochód,który zamortyzował jej upadek,ale to nic przecież ta historia mogła skończyć się znacznie gorzej.
Ta przygoda zakończyła się dobrze,Czesiula wydobrzała i bardziej zbliżyła się do nas.



Kochani życzę Wam  :
Radosnego i szczęśliwego Nowego 2016 Roku,
z marzeniami o które warto zawalczyć,
z radościami którymi możecie podzielić się z bliskimi ,
z przyjaciółmi dla których warto po prostu być
i z nadzieją bez której nie da się  żyć.
Pozdrawiam Was w Nowym Roku i dziękuję że jesteście, i mimo że nie pojawiłam się przez kilka miesięcy zaglądaliście,co obiektywnie pokazały liczby na stronie.